wtorek, 9 sierpnia 2016

"Królowie przeklęci" t.III

Autor: Maurice Druon
Tytuł serii: "Królowie przeklęci" t.III
Tytuły powieści wchodzących w skład tomu: "Lew i lilie", "Kiedy król gubi swój kraj"
Wydawnictwo: Otwarte, 2016
Ilość stron: 577
Okładka: twarda

Wszystko, co dobre, szybko się kończy - podobnie jak moja niemal miesięczna przygoda z Królami przeklętymi Maurice'a Druona. Nadzieje, jakie wiązałam z trzecim, ostatnim tomem, były ogromne, ale niebezpodstawne - powstały na bazie wyłącznie pozytywnych wrażeń wyniesionych z lektury pięciu poprzednich powieści cyklu. Sposób, w jaki Druon przedstawia średniowieczne realia, opowiada o konflikcie Kapetyngów z Plantagenetami i przywołuje ten fragment francuskiej historii, który mieści się między okresem rządów Filipa Pięknego i Jana II Dobrego, wprowadza w wydarzenia poprzedzające wybuch wojny stuletniej i jej przebieg aż do klęski Francuzów pod Poitiers, fascynuje i zachwyca.
O ile jednak pierwsza z powieści wchodzących w skład III tomu, Lew i lilie, stanowi godną kontynuację znakomitych poprzedniczek, o tyle druga, Kiedy król gubi swój kraj - z kilku względów, o których poniżej - rozczarowuje i w sporym stopniu niweluje pozytywne wrażenia, jakie pozostawił po sobie cały cykl Maurice'a Druona.


We Francji, po śmierci Filipa Pięknego, nastąpił nieoczekiwany regres. Czy to w wyniku klątwy spalonego na stosie mistrza templariuszy Jakuba de Molaya czy też z innych przyczyn, trzej synowie Króla z Żelaza wstępowali kolejno na tron i przedwcześnie umierali, nie doczekawszy męskiego potomka. Kiedy umiera Karol IV, za sprawą intryg Roberta d’Artois, korona przechodzi w ręce młodszej gałęzi Kapetyngów – królem zostaje Filip Walezjusz, lekkomyślny monarcha o wygórowanych ambicjach, który przez dziesięć lat nieudolnych rządów nie zdołał umocnić swej pozycji, co między innymi sprowokowało Edwarda III Plantageneta do wywołania sporu dynastycznego.

Tymczasem w Anglii, uwielbiani dotąd królowa Izabela i jej kochanek Mortimer, na wskutek despotycznych i krwawych rządów i nienasyconych ambicji, stają się przedmiotem powszechnej nienawiści. Młody król Edward III, w którym wszyscy dopatrują się cech jego wielkiego dziada Filipa Pięknego, rozprawia się z Mortimerem, skazując go na śmierć i przejmuje ster rządów. Ulegając podszeptom Roberta d’Artois, szukającym zemsty na Filipie Walezjuszu, sięga po francuską koronę, wszczynając wojnę z Kapetyngiem o sukcesję. Nieudolne rządy Walezjusza, klęska pod Crecy i epidemia czarnej śmierci, która w owym czasie spustoszyła Europę – to był dopiero początek upadku Francji; za czasów jego syna, Jana II Dobrego, królestwo sięgnęło dna. Przegrana bitwa pod Poitiers, królewska niewola, zniszczenia wojenne, samowola feudałów i chłopskie powstania, pogrążają kwitnący dotąd kraj w anarchii.

Jako się rzekło, szóstej powieści cyklu (a pierwszej w trzecim tomie) niczego zarzucić nie można – nie zmienia się styl, sposób narracji czy tempo akcji – wątki składające się na przebogatą fabułę tkane są pieczołowicie i z rozmachem, jaki cechował poprzednie części Królów przeklętych. Lekturze ostatniego tomu serii towarzyszy poczucie, że wydarzenia, które śledzimy od kilkuset stron, nieubłaganie przybliżają nas do sedna, do dramatycznego finału, jakim jest upadek Francji i wybuch wojny stuletniej. Dopiero teraz dociera do czytelnika, jaką maestrią wykazał się Druon, wiodąc go licznymi labiryntami wielowątkowej fabuły, nie pozwalając ani na chwilę zgubić się w gąszczy wydarzeń, dat i bohaterów, prezentując przy tym nie tylko losy poszczególnych francuskich monarchów, ale też zawiłe i złożone przyczyny najgłośniejszego i najdłuższego średniowiecznego konfliktu. Zaczęło się od skandalu w wieży Nesle – zdrada królowej Małgorzaty Burgundzkiej i niepewność pochodzenia królewskiej córki Joanny doprowadziły do ustanowienia prawa salickiego, wykluczającego kobiety z sukcesji, a co za tym idzie, podważającego prawa do francuskiego tronu Edwarda III Plantageneta, syna Izabeli Francuskiej, co z kolei stało się jedną z przyczyn wojny stuletniej. Również kilkudziesięcioletni konflikt o sukcesję w hrabstwie Artois pomiędzy Robertem a jego stryjną Mahaut, który eskalował do tego stopnia, że stał się kolejną przyczyną międzynarodowego konfliktu – takich historii o pozornie błahych początkach, które rozdęły się do niebotycznych rozmiarów i zaowocowały, czy też raczej złożyły się na tragedię, która pogrążyła na długie lata w wojnie dwa królestwa, jest w cyklu Druona więcej; te dwie należą do bodaj najistotniejszych i najbardziej spektakularnych. Czytelnik odczuwa ogromną satysfakcję, kiedy odkrywa, że wątki, które uważnie śledził od pierwszych stron, dynamicznie ewoluują, zaś w finale splatają się  w finezyjny, intrygujący, wielowymiarowy historyczny scenariusz, którego nie wymyśliłby najbardziej kreatywny czy genialny twórca literacki.

Lekturze ostatnich części Królów przeklętych towarzyszy delikatna nostalgia i smutek – chcąc nie chcąc czytelnik zżył się z bohaterami, jeśli nie polubił, to przynajmniej przywykł, oswoił się z nimi, a kończące się wątki  - Izabeli i Mortimera, Roberta d’Artois, królów należących do głównej gałęzi Kapetyngów - generują uczucie pustki. Jeśli dodać do tego wrażenie nieubłaganie nadciągającej katastrofy (pod którą grunt doskonale Druon przygotowywał na kartach poprzednich pięciu powieści), zwieńczenie cyklu zapowiada się co najmniej tak samo rewelacyjnie, jednak… po tak rozbudzonych apetytach przychodzi kolej na ostatnią, siódmą powieść. I już pierwsze zdania wprowadzają czytelnika w konsternację. Które przechodzi w rosnące rozczarowanie, utrzymujące się do samego końca – o ile odbiorcy starczy cierpliwości, by do niego dotrwać.


Kiedy król gubi swój kraj jest powieścią, którą od poprzedniczki, Lwa i lilii, dzieli dystans siedemnastu lat i być może to jest przyczyną diametralnej zmiany stylu, która sprawia, że lektura ostatniej części cyklu jest istną torturą. Narracja z trzecioosobowej, prowadzonej przez narratora wszechwiedzącego, zmienia się na pierwszoosobową, będącą niczym innym, jak monologiem kardynała, Eliasza de Talleyrand – Perigord, wysłannika papieża, który przed bitwą pod Poitiers miał wynegocjować rozejm między Janem II Dobrym a Edwardem III Plantagenetem. Kardynał na nieco ponad dwustu pięćdziesięciu stronach opowiada o wydarzeniach, jakie miały miejsce za panowania Jana II Dobrego, a jest to opowieść bogata w szczegóły, zwyczajnie rozwlekła i nużąca, stanowiąca nie lada wyzwanie dla najbardziej nawet wytrwałych czytelników. 
Próbując śledzić bieg wydarzeń, trudno odróżnić informacje mniej istotne od ważkich, zwłaszcza, że narrator ma skłonność do odbiegania od tematu i nadmiernego zagłębiania się w niepotrzebne szczegóły. Czytelnik, nie mając poczucia uczestnictwa w rozgrywających się wydarzeniach (jak to miało miejsce w poprzednich częściach serii z narracją trzecioosobową), nie zapamiętuje ich tak łatwo i nie orientuje się biegle w zawiłościach fabuły, jeśli ma problem z koncentracją i śledzeniem jej nużącego biegu. Frustracji wynikającej z tego faktu towarzyszy niedosyt, jaki generuje urwanie fabuły w momencie, który mógłby być punktem wyjścia dla kolejnej powieści spod szyldu Królów przeklętych, jak i rozczarowanie tak mało porywającym i słabym zwieńczeniem znakomitego przecież cyklu. Przykro o tym pisać, ale głęboko niesatysfakcjonująca siódma powieść mocno rzutuje na odbiór całości. Z perspektywy czasu stwierdzam, że lepiej byłoby sobie odpuścić ostatnią część trzeciego tomu, by zachować megapozytywne wrażenia z lektury całego cyklu i trwać w zachwycie dla twórczości i mistrzowskiego pióra Maurice’a Druona.

Moja ocena: 4/5




za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Otwarte ;)

17 komentarzy:

  1. Ja kompletując kilka lat temu cykl Druona znałem już całość, bo czytałem jeszcze jako nastolatek. I w zakupach, a kupowałem serię Spectrum, odpuściłem sobie "siódemkę". Mam przeczucie graniczące z pewnością, że autor dopisał ten epilog na siłę i zupełnie niepotrzebnie. A raczej - niepotrzebnie AUTONOMICZNĄ średnio udaną powieść podpiął pod cykl, który ukończony aż 17 lat wcześniej wspaniale domyka się i "radzi sobie" bez niej. Stanowi całość pod względem logicznym (losy głównych bohaterów, zwłaszcza Roberta) i dramaturgicznym (mocarny finał, o którym piszesz). Może Druon chciał pokazać co działo się z bohaterami pozostałymi przy życiu, może chodziło o mu zabieg marketingowy - w sumie nie wiem. Ale dla mnie "Królowie przeklęci" to sześcioksiąg i kropka :) Samo "Kiedy król gubi kraj" nie jest takie tragiczne, choć prawdę powiedziawszy - zaledwie "znośne". Ale tylko poza cyklem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, idealnie wyraziłeś i moje odczucia - siódma część jest zupełnie niepotrzebna, powinna powstać albo w tym samym stylu i duchu, co poprzednie, albo wcale. Gdybym chciała po prostu poczytać o wydarzeniach opisanych w "Kiedy król gubi swój kraj", otworzyłabym podręcznik do historii -_-

      Usuń
  2. Przede mną nadal tom II i bardzo się cieszę, że tyle cudownej lektury jeszcze przede mną! Tylko niestety martwi mnie ta część VII, słyszałam już wcześniej, że jest najsłabsza, a teraz potwierdziłaś moje obawy. Nie jest to pierwszy, ani niestety ostatni cykl, który powinien skończyć się wcześniej, niektórzy autorzy zdają się nie wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie "dość".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Da się przeżyć, choć równie dobrze można ją sobie odpuścić - sama jestem ciekawa, co Ty zrobisz :)

      Usuń
    2. Jak siebie znam, to przeczytam, bo mnie będzie gryzło, że nie wiem, co się tam dzieje ;)

      Usuń
  3. Jestem pod wrażeniem, w jakim tempie pochłonęłaś te wszystkie tomy. Szkoda jednak, że ostatnia część nie była tak dobra, jak pozostałe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam jakiś miesiąc, więc tempo wcale nie takie szybkie ;)
      No fakt, szkoda, że końcówka rozczarowuje, ale zdecydowanie warto sięgnąć po cały cykl ^^

      Usuń
  4. Ogromnie współczuję rozczarowania. To musi być naprawdę bolesne i denerwujące, że w końcówkę autor nie postarał się tak jak powinien. Znasz moje zdanie na temat tego cyklu - nęci i kusi, ale jeszcze obawiam się czy podołam. Jestem pod wrażeniem Twojej wiedzy historycznej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podołasz, podołasz! Zresztą, musisz sama dojrzeć do tej myśli, a kiedy to się stanie, czeka Cię fantastyczna lektura ( z wyłączeniem siódmej części :P)
      Hah, chciałabym te wszystkie informacje pamiętać po miesiącu tak dokładnie, jak teraz :P

      Usuń
    2. Tak zachęcasz, że chyba niedługo spróbuję :)) Będziesz pamiętać na pewno :)

      Usuń
  5. Ja może uściślę - "Królowie przeklęci" domykają się wspaniale i z przytupem W SZÓSTYM TOMIE. Niczego tam nie brakuje. Autor przez 17 lat też chyba był tego zdania, ba - nawet pod koniec "szóstki" przerywa narrację i wtrąca cudną refleksję na ten temat. I tak uważał od 1960 aż do 1977 roku, nie wiadomo dlaczego zmienił zdanie, bo tylko zaszkodził doskonałej całości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się nadal, w stu procentach! Sześć powieści to dzieło skończone! ;)

      Usuń
  6. Kurczę, od tak dawna mam w planach ten cykl i ciągle mi jakoś do niego nie po drodze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żałuj! To spore przedsięwzięcie, ale jak tylko zaczniesz czytać, ani się spostrzeżesz, kiedy fabuła Cie wciągnie i dotrzesz do końca! :)

      Usuń
  7. Oj tak, ostatnia część rozczarowuje. Ale całe szczęście wcześniejsze księgi to istny literacki majstersztyk :)

    OdpowiedzUsuń

Spam, reklamy, wulgaryzmy i wypowiedzi niezwiązane z tematem będą natychmiast usuwane.