Tytuł: "Żony polarników"
Wydawnictwo: Carta Blanca, 2011
Ilość stron: 359
Okładka: miękka
Żony polarników były dla swoich mężów niczym latarnie morskie. Nawet tysiące kilometrów od domu zdawali się słyszeć ich głosy przebijające się przez polarne burze, zachęcające by szli do przodu, dodające im sił w walce z naturą nawet wtedy, gdy szansa powrotu była nikła.
Zwykle kiedy myślę o wielkich podróżnikach, a zwłaszcza o pionierach przecierających nowe szlaki, do których bezwzględnie zaliczyć trzeba odkrywców obu biegunów i innych polarnych eksploratorów, niemal bezwiednie pojawia się skojarzenie z kimś na kształt półbogów - ludźmi szaleńczo odważnymi, nieustraszonymi, nadludzko silnymi i wytrwałymi, napędzanymi wiarą, że zostali stworzeni do rzeczy niezwykłych, przekonaniem o własnej wielkości i obsesyjnym pragnieniem podejmowania kolejnych wyzwań, by zapisać się dla potomności. I choć moje wyobrażenia nie odbiegały zbyt daleko od prawdy, jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że ci wielcy i samotni odkrywcy - jak wszyscy przecież ludzie - mieli swoje chwile zwątpienia i załamania, popadali w depresję i frustrację, gdy coś nie szło po ich myśli, poddawali się lękom i rozgoryczeniu - a wtedy przystępowały do działania ich życiowe towarzyszki.