sobota, 13 sierpnia 2016

"Cień kruczego skrzydła. Opowieść celtycka"

Autor: Peter Tremayne
Tytuł: "Cień kruczego skrzydła. Opowieść celtycka"
Wydawnictwo: Femis, 2007
Ilość stron: 255
Okładka: miękka

Okres wczesnego średniowiecza w Brytanii i Irlandii to dla mnie terra incognita. Powiedzmy sobie szczerze - lepiej orientuję się w celtyckich mitach i legendach niż wydarzeniach historycznych, jakie nastąpiły tam po upadku cesarstwa rzymskiego, z naciskiem na wędrówki ludów i proces chrystianizacji tych ziem, niezwykle burzliwy i wieloetapowy.
Dlatego, kiedy wpadła mi w ręce powieść Petera Tremayne'a o obiecującym tytule Cień kruczego skrzydła. Opowieść celtycka, której fabuła osadzona jest w VII wieku w opactwie Whitby w Nortumbrii i osnuta na kanwie wydarzeń związanych ze słynnym synodem kościelnym, uznałam, że to doskonała okazja do poszerzenia wiedzy i zgłębienia tematu. Niestety, nie wszystko złoto, co się świeci, a moje rosnące z każdą stroną rozczarowanie dorównywało temu, jakie ogarniało poszukiwacza szlachetnego kruszcu trzymającego w dłoniach grudkę pirytu.



Nortumbria, 664 r. Do opactwa św. Hildy w Streoneshalh (Whitby), na synod zwołany na polecenie króla Oswy celem ujednolicenia zwyczajów kościelnych w jego domenie, przybywa młoda irlandzka mniszka, Fidelma z Kildare - sędzia sądów brehońskich w Irlandii, która ma uczestniczyć w debacie między wyznawcami Kościoła rzymskiego a zwolennikami obrządku św. Kolumbana, jako rzeczniczka tego ostatniego. Na miejscu spotyka swoją dawną przyjaciółkę, matkę Etain, która swymi zdolnościami krasomówczymi miała wesprzeć tradycję z Iony. Zanim jednak dochodzi do debaty, przełożona klasztoru w Kildare zostaje brutalnie zamordowana. Na polecenie króla, który dopatruje się w tym akcie prób zerwania obrad synodu, co miałoby niebagatelne konsekwencje polityczne, Fidelma rozpoczyna śledztwo. Służyć jej pomocą ma mnich Eadulf, wyznawca obrządku rzymskiego - wszystko po to, by zapewnić królowi bezstronność. Śledztwo ma wykazać, czy Etain została zamordowana z powodów politycznych; młodzi zakonnicy muszą się spieszyć, gdyż czas nagli, a wkrótce staje się jasne, że zabójca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Przyznaję: dałam się zwieść opisowi fabuły, który prezentował się dokładnie na tyle egzotycznie i intrygująco, by przyciągnąć mnie do lektury. Bardzo szybko jednak zorientowałam się, że pod otoczką historycznej fabuły autor przemycił intrygę kryminalną, w dodatku nie najwyższych lotów. Nie mam nic przeciwko kryminałom historycznym, oczywiście pod warunkiem, że intryga umiejętnie wpleciona jest w fabułę, stanowi wyzwanie dla czytelnika i trzyma w napięciu, zaś same realia nie są potraktowane po macoszemu, płasko, powierzchownie i jedynie jako pretekst do osadzenia intrygi kryminalnej. W Cieniu kruczego skrzydła kuleje dosłownie wszystko. 

Co prawda autor niemal od pierwszych zdań wprowadza czytelnika we wczesnośredniowieczne realia Brytanii, historię, przyczynę i istotę sporu między wyznawcami dwóch rozwijających się w Nortumbrii tradycji - starszej, wywodzącej się od św. Patryka i św. Kolumbana z wyspy Iony oraz rzymskiej, zapoczątkowanej przez św. Augustyna z Canterbury, ale sposób, w jaki to robi, pozostawia wiele do życzenia. Tremayne zwyczajnie zarzuca czytelnika informacjami, które nie budują klimatu, nie popychają akcji do przodu, generalnie - nie zostały wplecione w fabułę, lecz wyłożone w formie wykładu czy też podane na wzór wpisu encyklopedycznego. Zabrakło nie tylko finezji, ale i pomysłu na obudowanie głównej nici fabuły; sprawia to wrażenie, jakby autor chciał wprowadzić czytelnika w wykreowane przez siebie realia, ale jak najmniejszym kosztem, by od razu móc przejść do budowania kryminalnej intrygi. Efekt jest taki, że odbiorca nie jest w stanie poczuć ducha epoki, w jakiej się znalazł, bo jedynym świadectwem akcji rozgrywającej się we wczesnym średniowieczu jest fabuła upstrzona celtyckimi nazwami i imionami, w których doprawdy trudno się zorientować. 
Powierzchowne i skrótowe potraktowanie realiów, zwłaszcza kwestii dotyczących istoty sporu, różnic i postulatów obu stron (porządku liturgicznego, hierarchii kościelnej, wyznaczania daty Wielkanocy i typu tonsury), który miał przecież ogromne znaczenie w procesie politycznego jednoczenia się Anglii, zwyczajnie rozczarowuje. Więcej dowiedziałam się z Wikipedii o sytuacji politycznej ówczesnej Brytanii i znaczeniu synodu, niż z powieści Tremayne'a - a sięgając po powieść z fabułą osadzoną w konkretnym czasie i osnutej na konkretnych wydarzeniach, chyba miałam prawo spodziewać się czegoś ponad informacje zawarte w encyklopedii? Nie znaczy to, że autor nie próbował wycisnąć czegoś z obranej przez siebie koncepcji, ale nawet fragmenty debat, mających w założeniu być popisem krasomówstwa obu stron sporu, brzmią jak dziecinne kłótnie; widać jak na dłoni, że stanowią jedynie pretekst dla zaistnienia intrygi kryminalnej, która nawiasem mówiąc jest równie słaba, jak cała reszta.

No dobrze, przebolałam fakt, że Cień kruczego skrzydła nie jest powieścią historyczną, a "jedynie" kryminałem historycznym i postanowiłam spróbować potraktować go jako niezobowiązującą rozrywkę. Jednak nawet tutaj doznałam zawodu - książka Tremayne'a to całkiem zwyczajny, nie najwyższych lotów kryminał o prostej, nieskomplikowanej intrydze, jedynie przybranym w celtycką szatę dla przydania jej atrakcyjności. Wynudziłam się strasznie, tożsamości mordercy domyśliłam się w połowie książki, zaś gwoździem do trumny powieści było rozwiązanie zagadki, pozbawione jakiejkolwiek finezji i maksymalnie rozczarowujące.

Jakby tego było mało, Cień kruczego skrzydła napisany jest fatalnym stylem, choć trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy to kwestia miernego warsztatu autora, czy niechlujnego przekładu. Niepomiernie irytowało mnie nagminne stosowanie słownictwa zupełnie nieprzystającego do realiów powieści (szklanka, Francja, zawał serca), zwłaszcza w kwestiach wypowiadanych przez bohaterów; wiele sformułowań użytych przez autora i podanych przezeń faktów budziło moje zdumienie i wątpliwości (sekcja zwłok w VII wieku? W dodatku prowadzona w przebiegu śledztwa?) - niestety, stan mojej wiedzy nie pozwala na ich weryfikację, mam jednak mocne podejrzenia co do tego, czy aby na pewno autor jest osobą kompetentną, by podawać takie rewelacje jako fakty. Co do tłumaczenia - jestem pewna, że uważna praca redaktora byłaby w stanie wyeliminować z treści tak irytujące "kwiatki" jak zdziwienie jednego z bohaterów, który, przebywając w katakumbach, skarży się na "niewytłumaczalny zapach śmierci".

Nie mam siły i nerwów, by dalej znęcać się nad tym czytadłem. Nie warto zagłębiać się w inne kwestie - na przykład konstrukcję fabuły czy kreacje bohaterów, gdyż zwyczajnie nie ma o czym mówić. Zwróciłam jedynie uwagę na najbardziej irytujące aspekty tworu Tremayne'a - książki zbyt skrótowej i powierzchownej, by można było ją określić mianem powieści historycznej, nie sprawdzającej się nawet jako lekki, niezobowiązujący kryminał - tak miernej, słabej, nudnej i niesatysfakcjonującej, że zwyczajnie szkoda na nią czasu. Nie polecam.

Moja ocena: 2/5

4 komentarze:

  1. Czytanie tego powieścidła musiało być bolesne. Współczuję i to bardzo. Sama właśnie wrzuciłam recenzję książki, która mnie rozczarowała, ale widzę, że Ty miałaś styczność z jeszcze słabszą literaturą. Przyznam, że opis fabuły jest niezły i możliwe, że zachęciłby mnie do nabycia książki. Na szczęście już wiem, że to byłby wielki błąd.

    OdpowiedzUsuń
  2. Brrr... wielka szkoda, że tak obiecująca lektura okazała się zwykłą szmirą :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Łee, a liczyłam, że to może być ciekawe ~omija szerokim łukiem~ Dzięki za ostrzeżenie

    OdpowiedzUsuń
  4. Tego tytułu nawet nie staram się zapamiętać, nie warto. ;)

    OdpowiedzUsuń

Spam, reklamy, wulgaryzmy i wypowiedzi niezwiązane z tematem będą natychmiast usuwane.