czwartek, 23 lipca 2015

"Widzenia mistrza Hieronima"

Autor: Łukasz Gołębiewski
Tytuł: "Widzenia mistrza Hieronima"
Wydawnictwo: Burda, 2015
Ilość stron: 277
Okładka: twarda

Niepokojąca, przepełniona głęboką, zawiłą i złożoną symboliką twórczość genialnego niderlandzkiego malarza Hieronima Boscha fascynuje odbiorców od ponad pięciu stuleci. Wizje tego flamandzkiego prymitywisty, tworzącego na przełomie średniowiecza i renesansu, odnoszące się głównie do niedoskonałości człowieka, oscylujące wokół motywów potępienia, grzechu, upadku i zła w różnych jego formach i wariacjach, przeniesione w sceny religijne z wątkami fantastycznymi, dzieła obrazujące irracjonalny świat czy malarstwo stricte religijne, przykuwają uwagę, zapadają w pamięć, prowokują do refleksji i skłaniają do poszukiwania własnych dróg interpretacji, ale przede wszystkim zastanawiają swoją dziwacznością, intrygują i rodzą rozmaite przypuszczenia co do źródeł artystycznych inspiracji Boscha. 

Podejrzewano go o uprawianie alchemii lub astrologii, stawiano hipotezy, że jego wizje są rezultatem stosowania środków halucynogennych, dziś jednak badacze najczęściej skłaniają się ku temu, że sztuka Hieronymusa Anthoniszoona van Akena odzwierciedla sytuację społeczną w Niderlandach za jego czasów i jest spójna z literaturą dydaktyczną epoki, trendami panujących ówcześnie w sztuce, teologii i filozofii, jak choćby pismami Erazma z Rotterdamu, ponadto jest inspirowana tradycją ludową i niderlandzkim folklorem. Jakby nie było, niezwykłe i poruszające dzieła Boscha fascynują wielu, zaintrygowały również autora niniejszej książki, Łukasza Gołębiewskiego. Zbierając do niej materiały, pisarz spędził sporo czasu nie tylko w rodzinnym mieście artysty, ale i innych opisywanych w książce, jak również miał okazję podziwiać jego niesamowite prace zgromadzone w różnych galeriach świata. Natchnęło go to do stworzenia własnej historii osnutej wokół postaci Hieronima Boscha i jego niepokojącej twórczości. Powieść swą autor określił jako historical - fiction, fikcyjną opowieść po części sensacyjną, po części magiczną, ale umieszczoną w autentycznych realiach historycznych i odwołującą się do rzeczywistych historycznych postaci.

Akcja toczy się w 1490 roku, w niderlandzkim ‘s-Hertogenbosch, rodzinnym mieście malarza Hieronima van Aken. Dzieła mistrza oprócz zachwytu budzą grozę i kontrowersje, przysparzając mu tylu wrogów, co zwolenników. Dlatego, gdy w okrutny sposób zostaje zamordowana młoda dziewczyna, w dodatku w okolicznościach wskazujących na udział diabelskich mocy, podejrzenia o popełnienie zbrodni padają na artystę, którego obrazy „zdobią” przecież demoniczne kreatury. Śledztwo w sprawie śmierci dziewczyny prowadzi Jan de Vries, papieski bibliotekarz i tajny sługa biskupa de Burbon wraz z mistrzem Archibaldem Wennekerem, alchemikiem i zarazem wujem żony Hieronima, Aleyt. Trop wiedzie ich do zamku Mesen, którym włada potężny czarnoksiężnik, książę Orly.

Kiedy piszę te słowa, naprawdę żałuję, że dotyczą książki tak nieudanej. Byłam przekonana, że czeka mnie magiczna podróż w czasie i przestrzeni do późnośredniowiecznych Niderlandów, do świata niesamowitych, niepokojących wizji Hieronima Boscha i że będzie to wyprawa, która – choć nie miałam konkretnych oczekiwań – okaże się intrygującym przeżyciem. Niestety, pomimo obiecującego początku zawiodłam się na lekturze: oto mamy sprawnie, ciekawie i sugestywnie zarysowane tło wydarzeń – XV-wieczne, tętniące życiem, kwitnące flamandzkie miasto i jego społeczność, która nagle staje w obliczu okrutnej, niezrozumiałej zbrodni, wskazującej na udział sił nadprzyrodzonych. W centrum wydarzeń pojawia się postać mistrza Hieronima, artysty o dość dwuznacznym statusie – z jednej strony uznanego twórcy, członka szanowanego bractwa mającego poparcie możnych i Kościoła, z drugiej – budzącego obawy, a w najlepszym razie niepewność i podejrzliwość ze względu na charakter i tematykę swoich prac. Gdy strach i panika ogarnia miasto, Bosch staje się idealnym kozłem ofiarnym; by nie dopuścić do linczu, biskup daje mu ochronę i wszczyna własne śledztwo w sprawie morderstwa.

Do tego momentu intryga przebiega całkiem sprawnie i interesująco, Gołębiewski umiejętnie potęguje wrażenie osaczenia wprowadzając czytelnika w nie najlepsze relacje malarza z żoną, która romansuje z jego uczniem i cichcem, w porozumieniu z wujem i alchemikiem, Wennekerem, dosypuje mu do farb środki halucynogenne, by wywołać wizje. Niestety, zupełnie nieoczekiwanie fabuła zaczyna się rozwijać w kierunku tak nieprawdopodobnym, że odbiera jej całą wiarygodność. Śledzi się ją z niedowierzaniem i rosnącym niesmakiem, gdyż w najmniejszym stopniu nie przystaje ona do oczekiwań rozbudzonych całkiem niezłym początkiem. Urzeczywistniające się wizje malarza są tak niedorzeczne i naiwne, pozbawione nadającej im głębi symboliki, jaką można odczytać z obrazów mistrza, że z niepokojących stają się zwyczajnie śmieszne – zupełnie, jakby autor zapomniał, że to, co niewypowiedziane przeraża bardziej. Co gorsza – kiedy stają się częścią wydarzeń kształtujących rzeczywistość i oddziałujących bezpośrednio na bohaterów, kiedy upostaciowione zło i namacalne przejawy czarnej magii stają się pełnoprawnymi elementami świata rzeczywistego – cała fabuła przemienia się w farsę, zbytnia oczywistość pewnych rozwiązań razi i wydaje się pójściem na łatwiznę. Być może był to celowy zabieg autora, który miał pokazać, że demoniczne siły i kwestie związane z alchemią były dla ówczesnych ludzi czymś namacalnym, rzeczywistym, prawdopodobnym, ale wprowadzenie tych motywów do realnego świata pozbawiło je grozy, sprowadzając do roli zwykłego straszaka.

Przeskok konwencji jest ogromny: czytelnik, wprost z dobrze zapowiadającej się powieści historycznej z wątkiem sensacyjnym, zostaje wrzucony wprost do dziecięcej fantasy lub baśni w rodzaju Krabata. Wymieszanie konwencji tym razem nie wyszło powieści na dobre; połączenie historycznych postaci i realiów i demonicznymi stworami i walką magów rodem z kiepskiego fantasy to pokraczny, niestrawny misz-masz, który trudno zaakceptować. Autor najwyraźniej zapomniał, że treść wizji jest dużo bardziej niepokojąca, gdy obserwujemy ją przefiltrowaną przez umysł, emocje, pragnienia twórcy; gdy przybiera konkretną, namacalną formę, funkcjonującą w oderwaniu od osobowości człowieka, staje się niegroźna, a momentami wręcz śmieszna, nieistotna. Nie spodobała mi się również wykreowana przez pisarza postać samego Boscha – wielki artysta ukazany jako bezwolna ofiara własnych wizji wywołanych halucynogenami, jakby jego talent i niezwykła osobowość w ogóle nie miały znaczenia, jako przedmiot walki mrocznych sił (to akurat mogłoby być symboliczne, gdyby autor bardziej się postarał) – wszystko to zupełnie rozmija się z moimi oczekiwaniami. Ale i to nie wszystko, co mam książce do zarzucenia.

Główny tok akcji przeplatają wstawki, które dały powieści Gołębiewskiego tytuł. Wizje Boscha przedstawione przez autora z jednej strony rzeczywiście dają jakiś wgląd w prawdopodobny przebieg procesu twórczego, przemyślenia artysty dotyczące tematyki i kompozycji dzieł będące echem prądów myślowych przełomu epok i może nie popychają akcji do przodu, za to pozwalają spojrzeć na rozgrywające się wydarzenia z perspektywy bohatera. Z drugiej jednak strony fragmenty te są niebywale  nużące i rozwlekłe, najczęściej przypominają autorską analizę dzieł Boscha, którą pisarz wplótł w fabułę, rozkoszując się przy tym własną wiedzą, kwiecistym stylem i pięknym językiem, ocierając się o grafomanię. Wstawki te nie tylko spowalniają akcję i wytracają napięcie, lecz przede wszystkim drażnią czytelnika, którego Gołębiewski postanowił najwyraźniej prowadzić za rękę, analizując każdy detal twórczości artysty, epatując znajomością jego dzieł i objawiając „co poeta miał na myśli”. To zwyczajnie irytujące, gdyż świadczy o tym, że autor nie wierzy w inteligencję odbiorcy i czuje się upoważniony do wskazywania mu jedynej, słusznej drogi interpretacyjnej. Nie kupuję tego.

Widzenia mistrza Hieronima to książka przegadana. Mnóstwo w niej nużących opisów, które nie tylko dominują nad dialogami, ale niczego konkretnego nie wnoszą do fabuły, nie popychają akcji do przodu, za to sprawiają wrażenie, że autor rozkoszuje się własnym stylem i zbyt nachalnie popisuje znajomością tematu, zamiast skupić się na opowiedzeniu historii, na książce i jej bohaterach. Z przykrością stwierdzam, że Hieronim Bosch i jego twórczość są tylko dodatkiem, pretekstem do ukazania ego autora, które zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan. Nie polecam.

Moja ocena: 2/5

recenzja napisana dla portalu DużeKa

9 komentarzy:

  1. A przedstawiony przez Ciebie opis fabuły brzmi genialnie. Szkoda, wielka szkoda... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to wyobraź sobie moje rozczarowanie... ;)

      Usuń
  2. Zawsze aż zgrzytam zębami, gdy świetny pomysł na fabułę zostaje tak doszczętnie zniszczony marnym wykonaniem i jeszcze marniejszymi rozwiązaniami autora... Wielka wielka szkoda... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się obawiam, że autor jednak dokładnie wykonał swoje zamierzenia, sądząc po treści posłowia... No cóż, nasze oczekiwania zupełnie się rozminęły, niestety.

      Usuń
  3. Szkoda, że jest taka słaba... A najgorsze, że taki dobry pomysł...

    OdpowiedzUsuń
  4. Pomysł na powieść jest, ale niewykorzystany w odpowiedni sposób. Może autor pospieszył się z wydaniem książki? Dobrze niektóre rzeczy wielokrotnie przemyśleć, zanim się je opublikuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według tego, co napisał w posłowiu, pomysł na książkę dojrzewał długo. No cóż, jej forma nie trafiła z mój gust i moją wrażliwość zupełnie, ale bywa i tak.

      Usuń
  5. A zapowiadało się tak ciekawie, zwłaszcza biorąc pod uwagę te nawiązania do twórczości Boscha. Szkoda, że ta pozycja tak kiepsko wypadła. :(

    OdpowiedzUsuń

Spam, reklamy, wulgaryzmy i wypowiedzi niezwiązane z tematem będą natychmiast usuwane.