wtorek, 30 września 2014

"Testament Marii"

Autor: Colm Toibin
Tytuł: "Testament Marii"
Wydawnictwo: PWN, 2014
Ilość stron: 149
Okładka: twarda

We współczesnej literaturze istnieje wyraźnie dostrzegalny, a mam wrażenie, że także coraz bardziej modny i popularny,  nurt polegający na reinterpretacji wydarzeń opisanych w Ewangeliach - wystarczy wspomnieć twórców takich, jak Norman Mailer (Ewangelia według Syna), Jose Saramago (Ewangelia według Jezusa Chrystusa) czy nawet Dan Brown (Kod Leonarda da Vinci). Autorskie wariacje na temat historii biblijnych najczęściej budzą ogromne emocje i kontrowersje - obranie innej drogi niż obowiązujący kanon religii chrześcijańskiej z pewnością jest czymś kuszącym i w jakimś stopniu odzwierciedla ducha naszych czasów, niemniej jednak nie zawsze efekt jest współmierny do zamieszania wywołanego pojawieniem się publikacji, która miałaby wstrząsnąć posadami chrześcijańskiego porządku świata.
Jeden z najlepszych współczesnych pisarzy irlandzkich, Colm Toibin, swoją powieścią Testament Marii również wpisuje się w ten trend; przedstawiając swoją wizję ewangelicznych wydarzeń, dla odmiany udziela głosu matce Jezusa, Marii.

Dwadzieścia lat po Ukrzyżowaniu starzejąca się Maria wiedzie samotny żywot na wygnaniu w Efezie. Regularnie odwiedzają ją uczniowie jej syna dbając o jej potrzeby, a jednocześnie domagając się od niej relacji, która mogłaby posłużyć za punkt wyjścia dla późniejszych Ewangelii. Maria źle znosi te wizyty nie tylko dlatego, że mierzi ją zachowanie towarzyszy Jezusa, których ma za bandę nieudaczników, ale głównie z tego powodu, że budzą one ogromne emocje i wspomnienia, które nie dają jej spokoju w dzień i w nocy. Maria zdaje sobie sprawę, że uczniowie oczekują od niej słów, które mogłyby potwierdzić ich wiarę, a jednocześnie przydały znaczenia śmierci ich nauczyciela i uwiarygodniły ich przekaz, lecz nie chce i nie może im tego dać. Kobieta żyje bowiem obarczona wyrzutami sumienia - ma poczucie, że zawiodła jako matka.

Maria wspomina szczęśliwe lata spędzone w otoczeniu swojej małej rodziny, które skończyły się wraz ze śmiercią jej męża i odejściem z domu syna. Nigdy nie była w stanie zrozumieć sensu działalności Jezusa - irytowali ją jego zwolennicy, którzy chodzili za nim krok w krok, a także obcy, wyniosły, mentorski ton głosu, jaki przybierał jej syn nauczając; przerażała ją jego moc, kiedy czynił cuda i zamieszanie, jakie robił wokół siebie zwracając tym samym uwagę rzymskich i żydowskich przywódców narażając się na niebezpieczeństwo; czuła się opuszczona i zazdrościła tym, którzy mieli okazję obcować z jej synem na co dzień. Ale przede wszystkim dręczy ją poczucie winy - w chwili  śmierci Jezusa nie było jej przy nim - ze wstydem i bólem przyznaje, że instynkt przetrwania wziął górę nad miłością macierzyńską. Gdy niósł krzyż - zgubiła się w tłumie; gdy umierał - uciekła z miejsca kaźni, nie miała odwagi towarzyszyć mu w ostatnich chwilach, nie powróciła, by go pochować. Gdy jej grożono śmiercią - udała się na wygnanie, zaś by by przeżyć, nie zawahała się przed kradzieżą i zastraszaniem niewinnych ludzi. Dziś jak i wtedy nie wierzy w misję swego syna i w to, że zbawił świat, nie widzi sensu w jego śmierci i nie rozumie tych, którzy myślą inaczej.

Portret Marii wykreowany przez Toibina jest diametralnie inny od naszych wyobrażeń, przekazów biblijnych i chrześcijańskiej ikonografii i jako taki rzeczywiście może szokować, a przynajmniej zaskakiwać. Matka Boga nie jest tą pobożną, cichą, uległą niewiastą, która z pokorą przyjmuje narzuconą jej rolę, wiernie trwającą u boku syna, kochającą i zrozpaczoną. Jest za to pełną gniewu, zgorzkniałą, pozbawioną złudzeń i nadziei matką, która straciła swoje dziecko i ma poczucie, że nie sprostała swojej roli, że zawiodła. Wstydzi się tego, że strach okazał się silniejszy od miłości, surowo ocenia jednak nie tylko siebie, ale także innych. Czy ma poczucie zmarnowanego życia? Własnego i swojego syna? Czy ma żal do Boga, do ludzi? Co jednak taki portret matki Chrystusa - głęboko ludzkiej niekoniecznie w najlepszym znaczeniu tego słowa, mającej swoje wady i targanej różnymi wątpliwościami - wnosi w nasze życie? Czy naprawdę jest nam potrzebny? W jakim celu został wykreowany? W swojej powieści Toibin demistyfikuje także niektóre cuda opisane w Ewangeliach - przemianę wody w wino, uciszenie burzy, uzdrowienie chorego w świątyni czy wskrzeszenie Łazarza - ten ostatni opis jest szczególnie poruszający, gdyż przywrócony do życia nie jest już tym radosnym młodzieńcem, jakim był wcześniej, a znękanym, cierpiącym cieniem samego siebie balansującym na granicy życia. Wszystko to zdaje się potwierdzać sceptycyzm Marii i poddawać w wątpliwość radosną ufność wyznawców nowej religii, sens chrześcijaństwa. Pytanie tylko - w jakim celu? Żeby skłonić czytelnika do zastanowienia się nad możliwością alternatywnej wersji wydarzeń? Żeby wywołać publiczną dyskusję? Bulwersować? Jaki cel nie przyświecałby autorowi, raczej nie udało mu się go osiągnąć - jego prozie zabrakło wiarygodności i siły przekazu.

Tak naprawdę zwięzła, zajmująca niespełna sto pięćdziesiąt stron opowieść Marii jest nie treściwa, jak chcieli jurorzy odpowiedzialni za przyznawanie Nagrody Bookera (książka Toibina była nominowana do tego wyróżnienia w 2013 roku), ale wręcz przeciwnie: powierzchowna, pobieżna, wyrywkowa i pozbawiona głębi, której należałoby oczekiwać po książce mającej formę wyznania, pamiętnika. Irlandczyk stawia przed czytelnikiem wizerunek bohaterki, który szokuje, ale nie wyjaśnia dlaczego jest on taki, a nie inny. Brak mu wnikliwej analizy psychologicznej, która uwiarygodniłaby wykreowany przez autora portret, motywacje, czyny, myśli i emocje bohaterki. Postać Marii nie przekonuje; jest ona w całym swym człowieczeństwie - paradoksalnie - nieautentyczna i mało prawdopodobna. Nie porusza, nie szokuje, nie budzi większych emocji, a już na pewno nie zmienia naszego wyobrażenia o Matce Boga ani nie wstrząsa posadami świata. Testament Marii można potraktować jako literacki eksperyment, nic poza tym. I to w dodatku eksperyment nie do końca udany.

Moja ocena: 2/5

Opublikowane na stronie: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/231779/testament-marii/opinia/21390581#opinia21390581


za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu PWN :)

5 komentarzy:

  1. Nigdy mnie takie książki nie interesowały i to się chyba nie zmieni. Nie lubię jakiejś takiej sensacji na siłę, czyli powieści, w których pewne prawdy religijne zostają przeinaczone i zniekształcone. Nie chcę czytać o Matce Bożej jako o kobiecie słabej, grzesznej i wątpiącej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba raczej nie moje klimaty...

    OdpowiedzUsuń
  3. Za nieudane eksperymenty to ja jednak podziękuję :) Dusza naukowca mi tak doradza :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Reinterpretacja wydarzeń opisanych w Piśmie Świętym to trudne wyzwanie, które często kończy się klapą- jak widać po Twojej recenzji w tym wypadku. Nieprzekonywująca bohaterka skutecznie zniechęca do sięgnięcia po powyższą pozycję.

    OdpowiedzUsuń
  5. Okładka wstrząsająca, ale książka niestety nie dla mnie, niska ocena również nie zachęca

    OdpowiedzUsuń

Spam, reklamy, wulgaryzmy i wypowiedzi niezwiązane z tematem będą natychmiast usuwane.