poniedziałek, 9 czerwca 2014

"Kuzyneczki"

Autor: Teresa Monika Rudzka
Tytuł: "Kuzyneczki"
Wydawnictwo: 2 piętro, 2013
Ilość stron: 265
Okładka: miękka

Powieści obyczajowe wyjątkowo rzadko goszczą w mojej biblioteczce. Jeśli mam ochotę na tego typu literaturę, najczęściej sięgam po prozę autorów, którzy tworzenie rodzinnych sag mają we krwi i jak nikt inny potrafią oczarować mądrością i głębią uniwersalnych, a zarazem niebanalnych opowieści. Stąd mój zachwyt nad prozą Majgull Axelsson, Marianne Fredriksson czy Trygve Gulbranssena. Od czasu do czasu daję jednak szansę rodzimym twórcom powieści obyczajowych - z różnym zresztą skutkiem. Tym razem padło na Kuzyneczki autorstwa Teresy Moniki Rudzkiej, a czy książka spełniła pokładane w niej oczekiwania, o tym za chwilę.

Asia i Renata to tytułowe kuzynki, przedstawicielki wielopokoleniowej rodziny, której losy - począwszy od lat powojennych, przez okres PRL-u do współczesności - wspominają podczas pewnego spotkania. W ten sposób poznajemy seniorkę rodu - Żenię, niespełnioną artystkę o trudnym charakterze, jej córkę Asię - nieco zdziwaczałą i przytłoczoną silną osobowością matki, Rysię - niezaradną życiową męczennicę, jej dwie córki: Renatę, niepokorną i zbuntowaną oraz Marcelę - rozpieszczoną i nadambitną. Mimochodem rzucone słowo, przypadkowe skojarzenia wywołują falę wspomnień, coś w rodzaju strumienia świadomości - chaotyczną, stale wzbogacaną o nowe elementy, dopowiedzenia, refleksje. Kuzynki wspominają, a czytelnicy śledzą losy pokoleń kobiet nie tylko mocno osadzone w czasach, w jakich przyszło im żyć, ale także głęboko zakorzenione w typowo polskiej mentalności i obyczajowości.

Mam pewien problem z tą książką. Z jednej strony podejmuje ona tematykę potencjalnie interesującą - przynajmniej dla mnie; opowiada o losach kobiet połączonych więzami krwi, co sugerowałoby lekturę tworzoną w stylu i duchu moich skandynawskich ulubieńców. Z drugiej zaś sposób, w jaki autorka zrealizowała swój pomysł, nie do końca przypadł mi do gustu.
W odbiorze lektury przeszkadzał mi przede wszystkim specyficzny styl narracji. Fabuła Kuzyneczek składa się bowiem z dialogów prowadzonych przez tytułowe bohaterki wspominające dawne czasy, koleje życia zarówno własne, jak i swoich matek, córek, ciotek oraz bliższych i dalszych krewnych, które przeradzają się niepostrzeżenie w retrospekcje z życia poszczególnych bohaterek będących przedmiotem rozmowy. Takie luźne, wspominkowe pogawędki mają to do siebie, że są dość chaotyczne i raczej nie zachowują chronologii wydarzeń, dlatego rozmowa Asi i Renaty przeskakuje z tematu na temat i od jednej osoby do drugiej, co wywołuje u czytelnika poczucie zagubienia i dezorientacji; trudno się odnaleźć w gąszczu nazwisk i wydarzeń, rodzinnych koligacji, sympatii i antypatii, niełatwo też jest wyrobić sobie własne zdanie na temat bohaterów tych opowieści. Każdy z nich jest bowiem przedstawiany z perspektywy kuzynek (ich opinie co prawda najczęściej są odmienne, dzięki czemu omawiane postaci stają się bardziej wielowymiarowe, to jednak za mało, by móc wyrobić sobie własne zdanie, ponieważ bohaterki nie są obiektywne w swojej ocenie, a czytelnik nie ma szansy na zweryfikowanie ich), a one rzadko kiedy mają do powiedzenia coś dobrego. Odniosłam wrażenie, że ich rozmowa z typowo wspomnieniowej bardzo szybko przeradza się w plotkarską paplaninę, tym bardziej, że jej treść oscyluje głównie wokół rodzinnych dramatów i sensacji, konfliktów i nieporozumień, życiowych niepowodzeń i rozczarowań, wzajemnych pretensji i żalów.

Osoby, o których rozmawiają kuzynki, niezwykle trudno polubić - mało która budzi zrozumienie, akceptację czy choćby zwykłą sympatię, nie mówiąc już o utożsamianiu się w nimi - charaktery i losy krewnych, choć nakreślone przez Asię i Renatę dość pobieżnie, raczej nie wzbudzają współczucia czy innych ciepłych uczuć, lecz irytują - pewnie dlatego, że same bohaterki nie mają o nich wiele dobrego do powiedzenia. Właściwie ta rozmowa to nieustanne narzekanie połączone z licytowaniem się, która z nich miała w życiu gorzej i dlaczego - niestety, takie wrażenie pozostawiła po sobie lektura i trudno mi się go pozbyć. Czytanie o tym było strasznie frustrujące i przygnębiające - ja rozumiem, że czasy powojenne i peerelowskie były ciężkie, rzeczywistość przytłaczała i trudno było wykrzesać z siebie choćby odrobinę optymizmu, co z całą pewnością przekładało się na niełatwe charaktery bohaterów, ale mimo wszystko trudno mi uwierzyć, by w jednej rodzinie było tylu nieudaczników i zwichrowanych osobowości! Rozumiem też, że wspomnienia nie zawsze są zgodne z rzeczywistością i rządzą się własną logiką, własnymi prawami, jednak ponad dwieście sześćdziesiąt stron lamentów, nieszczęść i różnego rodzaju konfliktów to zdecydowanie ponad moje siły. Nie dopatrzyłam się w fabule niemal żadnych optymistycznych czy pozytywnych akcentów (no, może tylko najmłodszemu pokoleniu udało się wyrwać z zaklętego kręgu rodzinnych niesnasek i społecznych stereotypów); wszystkie bohaterki to kobiety rozczarowane codzienną rutyną, przytłoczone mnogością problemów, niesprawiedliwością losu, przybite zmarnowanym życiem czy swoimi wyborami podyktowanymi presją rodziny czy otoczenia.

Proza Teresy Moniki Rudzkiej prezentuje stereotyp głęboko zakorzeniony w polskiej kulturze - cierpiętniczej Matki - Polki, od najmłodszych lat wychowywanej tak, by była gotowa do wszelkich poświęceń dla rodziny, do podjęcia roli żony i matki, wtłaczanej w ramy społecznych oczekiwań: rezygnującej z własnych ambicji, pasji, marzeń, a nawet potrzeb na rzecz "dobra najbliższych" i domowego ogniska. Okazuje się, że niezależnie od czasów, realiów czy ustroju - społeczna presja, mentalność i obyczajowość pozostają bez zmian, jeśli chodzi o rolę i miejsce kobiety.

Kuzyneczki to wyjątkowo gorzka opowieść o kobietach i ich roli w rodzinie i społeczeństwie, czy też raczej o realizacji pewnych stereotypów nakazujących kobiecie szybko i dobrze wyjść za mąż, urodzić dzieci, zachowywać pozory za wszelką cenę, a domowe brudy prać we własnych czterech ścianach; stereotypów piętnujących nieformalne związki, nieślubne dzieci, staropanieństwo czy rozwód, a buntowników karzących społecznym odrzuceniem. To właśnie stanowi o ich sile i powoduje, że kobiety z pokolenia na pokolenie utrwalają społeczne schematy w podobny sposób wychowując swoje córki na niepewne siebie, sfrustrowane, stłamszone, naginające się do potrzeb innych kobietki.

No cóż, być może polska rzeczywistość wygląda właśnie tak, jak zaprezentowała ją autorka. Rozumiem, że Kuzyneczki to opowieść o zwyczajnych kobietach napisana dla zwyczajnych kobiet - ale czy naprawdę wszystko jest takie szare, ponure i beznadziejne, jak przedstawiła to Rudzka? Moim zdaniem jest to bardzo jednostronny i tendencyjny obraz (na dodatek zaprezentowany w wyjątkowo irytującym stylu przywodzącym na myśl rozmowę dwóch plotkarek); rozumiem, że dobór protagonistek, ich charakterystyka, przekrój problemów, a nawet ta nieszczęsna narracja miały pomóc czytelniczkom wczuć się w klimat i utożsamić się z bohaterkami - i możliwe, że do niektórych odbiorców to przemawia - dla mnie jednak banał goni banał, a problemy przedstawione po plotkarsku stylem, który nie zachwyca, po prostu nużą. Nieustannie miałam wrażenie, że autorka postanowiła skumulować wszelkie nieprzyjemne sytuacje z życia rodzinnego i upchnąć najbardziej antypatyczne i zwichrowane charaktery w jednym miejscu po to, by zilustrować motyw przewodni - siłę stereotypowego obrazu kobiety i jej roli w społeczeństwie na przestrzeni dziesięcioleci - i to jej się udało. Inna kwestia, że taki zabieg mocno przytłacza czytelnika i czyni lekturę zwyczajnie niestrawną. Nie chodzi nawet o ciężar gatunkowy fabuły - w końcu współczesne skandynawskie sagi nie należą do najłatwiejszych w odbiorze, a intensywność emocji, jakie oferują, potrafi pokaleczyć psychikę - ale o ewidentnie przerysowany obraz rzeczywistości, któremu jednak brak analitycznej głębi, konstruktywnych przemyśleń, które mogłyby przecież wyrosnąć na bazie wieloletnich doświadczeń bohaterek powieści. Te braki czynią lekturę płytką i powierzchowną, a przy tym maksymalnie przygnębiającą.

Kuzyneczki niewiele wnoszą do tematu, jakim jest rola kobiety w polskim społeczeństwie i siła stereotypu determinującego ich życie. Niczego nowego i odkrywczego nie uświadamiają ani nie pokazują, są raczej zbiorem truizmów i banałów, w dodatku zaprezentowanym w stylu plotkarskich rubryk w babskich czasopismach. Miałam spore oczekiwanie co do tej lektury, niestety okazała się ona literackim rozczarowaniem. Może któraś z czytelniczek odnajdzie cząstkę siebie w kobiecych portretach odmalowanych na kartach książki, ja tego nie potrafiłam.

Moja ocena: 2/5

Opublikowane na stronie: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/202799/kuzyneczki/opinia/19111712#opinia19111712 

Za książkę serdecznie dziękuję Autorce. 

12 komentarzy:

  1. Ale niska ocena. Chyba kiedyś czytałam już recenzję tej książki i recenzent bardzo ją zachwalał. Mimo wszystko wstrzymam się z tą pozycją.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ewidentnie przerysowany obraz rzeczywistości... Właśnie takie wrażenie miałam podczas czytania "Bibliotekarek" tej autorki. "Bibliotekarek" nie dokończyłam, bo nie mogłam przywyknąć do stylu pisania autorki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No popatrz, a ja się po okładce spodziewałam jakichś francuskich motywów, bo te sukienki i kolory zasugerowały mi optymistyczną i paryską opowieść :) w każdym razie dziękuję za ostrzeżenie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ajć! Właśnie miałam się zabierać za lekturę tej książki. Teraz się boję, ale przeczytać już muszę:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zobaczyłam nazwisko autorki i pomyślałam "O nie!". Nie lubię jej od czasu lektury "Bibliotekarek". Czy naprawdę zawsze musi przedstawiać wszystko stereotypowo? Nie lubię tego.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak zaczęłam czytać Twoją recenzję, to pierwsze co mi przyszło do głowy to, że jest to literatura plotkarska - ciekawe, czy jest takie określenie w terminologii gatunkowej. A potem sama o tym wspomniałaś. A mogłaby to być dobra powieść obyczajowa, gdyby odrzucić stereotypy...

    OdpowiedzUsuń
  7. No proszę, można się sparzyć. Nie lubię takich stereotypowych banalnych lektur pełnych narzekań, więc książkę sobie daruję.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeden skrót: PRL i już jestem kupiona! I nawet jeśli fabuła opiera się na stereotypach, będę w niej szukać aluzji do minionego ustroju. ;))

    OdpowiedzUsuń
  9. Myślę, że znajdzie się całkiem spora grupa odbiorców, która przeczyta tę książkę i wyda się im ona interesująca, właśnie przez zachowanie tego plotkarskiego klimatu... niestety :/

    OdpowiedzUsuń
  10. A myślałam, że to będzie ciekawa książka :( Szkoda :( W każdym razie, dobrze, że chciało Ci się pisać i nas ostrzec.

    OdpowiedzUsuń
  11. Słyszałam o książce, szukać jakoś nie będę specjalnie, jednak jakbym się znalazła pod ręką to przeczytam czemu nie.

    OdpowiedzUsuń

Spam, reklamy, wulgaryzmy i wypowiedzi niezwiązane z tematem będą natychmiast usuwane.