niedziela, 18 sierpnia 2013

"Marzycielka z Ostendy"

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: "Marzycielka z Ostendy"
Wydawnictwo: Znak, 2009
Ilość stron: 315
Okładka: twarda

Zbiór opowiadań Marzycielka z Ostendy to moje kolejne spotkanie z twórczością francuskiego prozaika i dramaturga Erica-Emmanuela Schmitta. Za każdym razem, kiedy sięgam po jego książkę, mam nadzieję na prawdziwą literacką ucztę, powtórkę niezwykłych doznań, jakimi zdobył moje serce za sprawą znakomitej Ewangelii według Piłata, genialnego Mojego życiem z Mozartem czy zachwycających Intrygantek. Mogłabym bez przeszkód uwielbiać Schmitta, gdyby nie fakt, że jest pisarzem nierównym, a jego twórczość równie często stanowi przykład literatury najwyższych lotów, jak i ociera się o kicz i banalne filozofowanie w typie Coelho, zaś granica między jednym i drugim z każdą kolejną lekturą coraz bardziej się zaciera, moim zdaniem na niekorzyść autora. Najlepszym tego przykładem jest zupełnie przeciętna, rozczarowująca Trucicielka, do której niniejszym dołączyła, nadwątlając poważnie mój entuzjazm i potęgując zawód, Marzycielka z Ostendy.


Zbiór zawiera pięć opowiadań, których fabuła oscyluje wokół tematyki miłości i śmierci skupiając się na ludzkich lękach i marzeniach. Tytułowy tekst prezentuje historię starszej, samotnej kobiety, która w młodości postawiła wszystko na jedną kartę, doświadczyła szalonej namiętności i choć zmuszona była z niej zrezygnować, do końca życia pozostała wierna swoim uczuciom. Romantyzm i liryczność Marzycielki z Ostendy przełamuje kolejne opowiadanie; Zbrodnia doskonała to psychologiczne studium kobiety, którą niszczy i doprowadza do upadku obsesyjna zazdrość i chorobliwa podejrzliwość. Ozdrowienie ukazuje historię młodej, zakompleksionej pielęgniarki, która dzięki spotkaniu z umierającym pacjentem odkrywa w sobie urok i kobiecość, co diametralnie zmienia jej życie. Kiepskie lektury to opowieść o starszym mężczyźnie, którego zabija własna, wybujała wyobraźnia, zaś Kobieta z bukietem to przesycona metafizyką historia pewnej damy, która codziennie od piętnastu lat czeka na na dworcu kolejowym... na miłość? Na śmierć?

Opowiadania Erica-Emmanuela Schmitta rozczarowały mnie pod wieloma względami. Po pierwsze: miłość i śmierć to motywy tak popularne i tak niemiłosiernie eksploatowane w literaturze, że ciekawe i odkrywcze ich wykorzystanie jest prawdziwym wyzwaniem. Aby dotrzeć do czytelnika nie narażając się na zarzuty o wtórność i banał, autor powinien mieć w zanadrzu jakiś element zaskoczenia lub choćby intrygujący pomysł na ukazanie starych prawd w wyjątkowy sposób. Wydaje się, że Schmittowi zabrakło koncepcji i polotu, gdyż we wszystkich tekstach powiela ten sam schemat: miłość jest źródłem cierpienia, a jej końcem jest śmierć. Fabuła każdego z nich opiera się na idei tragicznej miłości i nieuchronnej śmierci jednego z kochanków, co bardzo szybko staje się dla czytelnika nużące i irytujące - głownie dlatego, że pozbawia go przyjemnego dreszczyku napięcia wynikającego z nieprzewidywalnego rozwoju fabuły i zaskakującej nieoczywistością puenty.

Po drugie: bohaterowie. Schmitt wykreował postaci rażące sztucznością zarówno w sposobie bycia, zachowania, jak i wysławiania się. Brak im wiarygodności i autentyzmu, brak im sił i determinacji, by przekonać do siebie czytelnika. Życie, jakie wiodą, sytuacje, w jakich ich zastajemy, relacje, jakie nawiązują czy motywy, jakie nimi kierują, są słabo uargumentowane, brak im wyraźnego uzasadnienia, jakiegokolwiek elementu wiarygodności, a przez to ich historie wydają się dziwaczne, wydumane, nieprawdziwe. Opowieść Marzycielki zupełnie nie porusza i nie bardzo wiadomo do czego prowadzi, żona i matka z wieloletnim stażem popełnia straszną zbrodnię kierując się tylko podejrzeniami miejscowej plotkarki, pielęgniarka ze świeżo przebudzoną kobiecością oddaje się innemu mężczyźnie w chwili śmierci ukochanego, a stąpający twardo po ziemi nauczyciel nagle ulega grze wyobraźni, której posiadania nawet sobie nie uświadamiał. Być może brzmi to ciekawie, a nawet intrygująco, mnie jednak rozczarowała kreacja bohaterów. To blade, anemiczne, płytkie postaci, drażniąco przewidywalne, zaskakujące nie bardziej, niż szmaciane lalki i irytujące swą sztucznością. Najbardziej jednak w tym morzu banału denerwuje wszechobecna liryka i poetyckość, która z pewnością miała całość uwznioślić i upiększyć, a odegrała jedynie rolę tandetnego blichtru. Przejmujące w zamierzeniu opisy - czy to przestrzeni, czy stanów duszy - rażą tanim sentymentalizmem, zgrzytają banałem.

Po trzecie: autor nie pozostawia czytelnikowi miejsca na własne przemyślenia czy indywidualną interpretację podając jak na tacy gotowe wyjaśnienia. Sygnalizuje tym samym swoje poczucie wyższości nad odbiorcą i niewiarę w jego domyślność (bo błyskotliwością raczej nie trzeba się wykazywać), a także odbierając przyjemność snucia własnych refleksji; szczególnie widoczne jest to w przypadku historii kobiety z bukietem czy opowieści Marzycielki.

Schmitt tym razem mnie nie ujął ani nie zachwycił, co więcej: był od tego dalszy, niż kiedykolwiek wcześniej. Marzycielka z Ostendy okazała się bodaj największym moim rozczarowaniem związanym z tym autorem. Banalna, przewidywalna fabuła trącąca sztucznością i egzaltowanym liryzmem, płytcy, kompletnie niewiarygodni bohaterowie sprawiający wrażenie wyrwanych z kontekstu, teatralne dialogi i drażniąco oczywiste puenty - tak w skrócie mogę podsumować ten co najwyżej przeciętny, nieudany zbiór. Schmitt, zamiast poruszać, intrygować i wzruszać - nudzi, drażni i irytuje miałkością, błahością oraz szablonowym ujęciem ogranych motywów.
Być może historia Marzycielki miała udowodnić tezę o miłości do grobowej deski, Zbrodnia doskonała uświadomić, że zwykle zbyt późno doceniamy to, co ma w życiu prawdziwą wartość, Ozdrowienie - pomóc odkryć piękno nawet tam, gdzie najmniej byśmy się go spodziewali, a Kobieta z bukietem zwrócić uwagę, że oczekiwanie na miłość i śmierć to w rzeczywistości dwie strony tego samego medalu, jednak wykonanie Schmitta zupełnie mnie nie przekonuje, a emocje, jakie próbuje wzbudzić, kompletnie rozmijają się z moją wrażliwością i oczekiwaniami. Tym razem lekturze towarzyszyło pogłębiające się uczucie zawodu i poczucie straconego czasu, niestety. Mój entuzjazm dla prozy Erica-Emmanuela Schmitta mocno oklapł, nie tracę jednak nadziei, że Marzycielka z Ostendy to chwilowa niedyspozycja, wypadek przy pracy, a nie punkt zwrotny wyznaczający nową tendencję i kierunek jego twórczości.

Moja ocena: 2/5

Opublikowane na stronie: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/156421/marzycielka-z-ostendy/opinia/13575326#opinia13575326 

26 komentarzy:

  1. Chyba każdemu pisarzowi może się zdarzyć gorsza publikacja- oby to tylko była jedna wpadka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. monalisap - jasne, że tak, ja mam jednak podejrzenia, że to nie jednorazowa wpadka, a stała tendencja :(
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Wprawdzie lubię, kiedy tematyka danej książki skupia się wokół miłości i śmierci, ale nie przepadam za antologią. Zresztą widzę, że "Marzycielka z Ostendy" nie zachwyciła cię swoim wykonaniem, dlatego i ja także podziękuję tej pozycji.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zanim doszłam do tej książki autor mnie zdenerwował. Spod jego pióra wyszły książki, które mnie zachwyciły, ale sporo takich, które mnie zawiodły i dałam sobie spokój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiek - dokładnie! Mnie jednak intryguje na tyle, że na pewno dam mu jeszcze jedną szansę:)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  4. ja mam za sobą jedna tylko książkę Schmitta, i mam w planach więcej ale ta sobie raczej na razie podaruję.

    OdpowiedzUsuń
  5. To prawie jakby nie on pisał tę książkę! Szkoda, bo widziałam ją ostatnio w księgarni i nawet się zastanawiałam, czy by jej sobie nie kupić. Dobrze zrobiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miqa - obawiam się, że ta książka właśnie wpisuje się w nurt jego twórczości i wrażliwości - mam nadzieję, że w innych lekturach będzie więcej tego, co zachwyciło mnie choćby w "Moim życiu z Mozartem" :)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  6. Ja aż tak nisko żadnej powieści Schmitta nie oceniłam, może przez samą sympatię... nie, to za słabe określenie, to już miłość, tak, kocham Schmitta! A jak wiadomo miłość jest ślepa albo wybacza potknięcia ukochanego.

    Szczerze powiedziawszy Marzycielki z Ostendy nie pamiętam, jakie to były opowiadania i jak mi się spodobały. Natomiast "Trucicielką" byłam zachwycona i wysunęłam taką interpretację tekstu, iż niektórzy komentatorzy zarzucili mi, skąd wiem, że Schmitt to chciał przekazać. Odpowiedziałam, że nie wiem, że na razie tak snuję... Chciałam go o to zapytać podczas spotkania z nim, ale okoliczności temu nie sprzyjały :(.

    "Intrygantki" i "Mozart" też mi się podobały, w podobnym stylu do "Mozart", choć nieco słabsza jest "Kiki van Beethoven". Jednak nie na tyle słabsza, aby nie chcieć jej mieć na własność ;)

    Pozdrawiam niedzielnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ktrya - przeze mnie przemawia chyba zawiedziona miłość do twórczości Schmitta:) Jestem rozżalona, że poszedł w stronę Coelho, zamiast trzymać się tego, co stanowiło o jego wartości i indywidualności, ale oczywiście nie skreślam go, lecz dam mu kolejną szansę. Zwyczajnie jestem ciekawa tego, co ma do powiedzenia, i to pomimo tego potknięcia:)
      Mogłabym dokładniej przeanalizować "Marzycielkę", ale zwyczajnie nie miałam na to ochoty - Schmitt zupełnie do mnie nie dotarł, nie czułam potrzeby, by próbować omówić to, co właściwie podał na tacy, w dodatku w nie najlepszym stylu :)
      Pozdrawiam serdecznie - może jeszcze będziesz miała okazję, by zapytać autora o to i owo:)

      Usuń
  7. Coś z tymi opowiadaniami u Erica jest nie tak, bo przecież jego powieści są takie dobre... widać facet się nie nadaje do pisania tak krótkich form.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tirindeth - może ogranicza go krótka forma, a może to przypadek, że dwa czytane przeze mnie zbiory opowiadań wypadły bardzo przeciętnie? Jestem zdecydowana to sprawdzić i z pewnością jeszcze wrócę do twórczości Schmitta:)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  8. Dla mnie to może nie największe rozczarowanie, bo "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu" albo "Kiki van Beethoven" podobały mi się chyba nawet mniej, ale jest to jedna z tych słabszych. Schmitt rzeczywiście pisze bardzo nierówno, ja najbardziej lubię u niego "Oskara i Panią Różę" i "Małe zbrodnie małżeńskie", ale niestety tych wspomnianych na początku przez ciebie jeszcze nie czytałam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. m_giffin - "Małe zbrodnie małżeńskie" były całkiem przyzwoitym dramatem, Schmitt jednak potrafi o ważnych sprawach mówić bez zadęcia i ciekawie. Do moich absolutnych faworytów należy jednak "Ewangelia według Piłata", gorąco polecam!
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  9. J tam i tak fanką Schmitta nigdy nie byłam...

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam zbiorek opowiadań Schmitta "Historie miłosne" i jest tam kilka opowiadań, które są też w "Marzycielce...". Niestety bardzo słabo oceniła te teksty, że tak brzydko powiem(napiszę): śmierdzą kiczem i nic nie wnoszą. Trudno mi było uwierzyć, że autor "Oscara i Pani Róży" i "Kiedy byłem dziełem sztuki", mógł coś tak infantylnego napisać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beatriz - podzielam twoje rozczarowanie! Mam zamiar przeczytać niejedno jeszcze dzieło Schmitta i oby pozostawiło po sobie pozytywne wrażenia. Nie chciałabym zawieść się na nim na całej linii, mam do niego sentyment:)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  11. Szkoda straconego czasu, który mogłaś poświęcić na ciekawszą lekturę. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu - jeśli chodzi o ulubionego pisarza - nie szkoda mi czasu spędzonego przy lekturze nawet słabej książki. Cieszę się, że ją przeczytałam, choć jednocześnie mnie rozczarowała, ale dzięki temu wyrabiam sobie opinię na temat jego twórczości i łatwiej mi będzie podjąć decyzję, czy go lubię, czy jednak nie:)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  12. No, no, najwidoczniej Schmitt nie za bardzo sprawdza się w opowiadaniach. Do tej pory miałam przyjemność czytać jego bardziej rozbudowane dzieła i jeszcze nie trafiłam na takie, które by mnie zawiodło. Wprawdzie chciałam poznać "Trucicielkę", ale krótki komentarz na jej temat, który zawarłaś we wstępie, skutecznie mnie od tego zamiaru odwiódł. To samo tyczy się, niestety, "Marzycielki...". Teraz muszę tylko zdobyć "Ewangelię według Piłata" i będę bardzo zadowolona :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Annette Cinnamon - w moje ręce jakimś trafem wpadają najczęściej albo dramaty, albo opowiadania. Czas na powieść z prawdziwego zdarzenia!
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  13. Nie będzie dla Ciebie tajemnicą, jak zdradzę, że Schmitta uwielbiam :) Tego zbioru opowiadań akurat nie znam, ale trzy utwory czytałam w innych tomach. "Marzycielka z Ostendy" mnie oczarowała, "Zbrodnia doskonała" wzruszyła, ale "Kobieta z bukietem" już mi się nie podobała. Pozostałych dwóch nie znam. Niemniej jednak, Schmitt ma w sobie coś takiego, że nawet jak pisze o banałach, to ja to łykam w całości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu - wiem, jak bardzo lubisz Schmitta i nie tracę nadziei, że po kolejnych lekturach będę mogła powiedzieć to samo bez żadnego ale:)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  14. Czytałam parę książek Schmitta i bardzo mi się podobały, tej jeszcze nie czytałam, ale jak spotkam sięgnę z ciekawości, żeby się przekonać jaka jest.

    OdpowiedzUsuń
  15. Bardzo ciekawa recenzja, czytała "Intrygantki" i bardzo mi się podobało. A z opowidaniami to tak już bywa, że bywają nierówne ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Schmitta czytałam do tej pory tylko "Trucicielkę" i przyznam, że zrobiła na mnie większe wrażenie. Ale wracając do "Marzycielki z Ostendy" pewnie mimo wszystko zaryzykuję i przeczytam. Chociaż może najpierw sięgnę po inne dzieła Schmitta :)

    OdpowiedzUsuń

Spam, reklamy, wulgaryzmy i wypowiedzi niezwiązane z tematem będą natychmiast usuwane.